loading...

Znaczenie ostatniej wizyty Tuska w Polsce. Tego nie brałeś pod uwagę...

Narastającego w naszym kraju napięcia społecznego raczej trudno jest nie zauważyć. Miejscem, w którym dokonuje ono największej ekspresji, jest polska scena polityczna. Dobrym przykładem, ilustrującym co mam na myśli, jest ostatnia wizyta Donalda Tuska w Warszawie, który został wezwany przez prokuraturę w charakterze świadka, w śledztwie dotyczącym współpracy polskich władz z rosyjską FSB.

Znaczenie ostatniej wizyty Tuska w Polsce. Tego nie brałeś pod uwagę...

Zobacz także:

Masakra! Gwałcą już nie tylko kobiety. Wzięli się też za... samochody. (WIDEO 18+)
Masakra! Gwałcą już nie tylko kobiety. Wzięli się...
Jak się urządzić?
Jak się urządzić?

 

 

Pomijając konkretne powody, dla których „wywołano” go w ten sposób do odpowiedzi, uwadze postronnych obserwatorów nie mógł umknąć polityczny spektakl, który rozegrał się wokół tego wydarzenia. Cała sytuacja stała się asumptem do żarliwych manifestacji poparcia dla byłego premiera, jednak relacje na żywo na youtube, ujawniały również  obecność grup ludzi o wprost przeciwnym do niego nastawieniu.



Warstwa głębszych znaczeń

 

Celem niniejszej wypowiedzi nie jest jednak opowiadanie się tu po żadnej ze stron, a jedynie zwrócenie uwagi na fakt, że tego typu wydarzenia są wyrazem pewnych głębszych treści, których zazwyczaj narracje społeczno - polityczne  nie uwzględniają. Można bowiem potraktować je jako wskaźniki innych wielkości, niż poparcie społeczne dla danej opcji politycznej.

 

Opisywane przybycie Donalda Tuska do stolicy, jest jednym z tych momentów, które wyraźnie wskazują, że napięcie oraz niezgoda, trawiące nasze społeczeństwo, ujawniają się przy każdej najmniejszej sposobności. Oczywiście nietrudno się domyślić, że ów „triumfalny pochód” najpewniej był w dużej mierze wyreżyserowanym, politycznym przedstawieniem. Nie mniej jednak posłużył on za swoistego rodzaju hasło wywoławcze, na brzmienie którego stawiły się natychmiast dwie, wojujące ze sobą strony, gotowe do tego, by odegrać swe role.

 

Faktyczny reżyser spektaklu

 

Zauważmy, że bieżące narracje polityczne skupiają się głównie na pogrążaniu przeciwnika. Narzędziem w tym temacie najskuteczniejszym – są ludzkie emocje, wyrażające się w w falach aprobaty, bądź dezaprobaty, znanych bardziej pod pojęciem poparcia społecznego, lub jego braku.  Politycy nie są więc nikim więcej, niż surferami oceniającymi, która fala społecznych emocji wyniesie ich dalej i wyżej w grze, w której biorą udział.  Jeśli mają możliwość, nie wahają się sięgać po sposoby, umożliwiające im animowanie tymi falami tak, by wygenerowały im jak najwięcej punktów w sondażach.

 

Chciałabym jednak  zwrócić w tym miejscu uwagę na fakt, iż w całym tym mechanicznym układzie, biorą udział nie tylko zawodowi gracze ze sceny politycznej, lecz również my – polskie społeczeństwo. Zazwyczaj bowiem ludzie są przekonani, że „to oni na górze się ze sobą żrą”, a nam tylko przychodzi na to bezradnie patrzeć, rozkładać ręce i wołać o pomstę do nieba, gdyż nie mamy na ich poczynania żadnego wpływu.  Lecz drodzy Państwo, świat działa tak, że nie tylko aktor czyni publiczność – publiczność bowiem czyni też aktora. To ona właśnie (społeczeństwo) jest ŹRÓDŁEM fal, po których serfują politycy i myślę, że czas już najwyższy zacząć patrzeć na ukazujące się naszym oczom, polityczne perypetie – przez ten właśnie pryzmat.

 

Jeżeli faktycznie i szczerze zależy nam na tym, by Polska przestała być areną bezowocnych starć i kłótni – stoi przed nami konieczność dodania do bieżących narracji społeczno – politycznych, bardziej pogłębionych wątków.  Narracje te powinny dotykać obszarów, którym blisko jest do psychologicznych kwestii kolektywnych, a nie doszukiwać się przyczyn bieżących wydarzeń, tylko i wyłącznie w zachowaniach  polityków. Jest to niewystarczające dla uchwycenia mechanizmu stwarzającego całość społeczno – politycznej sytuacji naszego kraju oraz w dalszej kolejności – generowaniu impulsów sprzyjających jej (sytuacji) realnej zmianie. Technicznie rzecz ujmując, politycy nie odgrywają niczego poza scenariuszem pisanym przez społeczne emocje. Są ich odtwórcami oraz wykonawcami – czujnymi  wskaźnikami tego, w jaki sposób układają się siły w naszej kolektywnej podświadomości. Warto by było, gdyby kolektyw sobie to chociaż do pewnego stopnia uświadomił.



Wyraziciele traumy

 

Sprawa wygląda tak, że nie można wzbudzić silnych społecznych emocji, jeśli nie ma dla nich podstaw w świadomości - lub raczej nieświadomości (rozumianej tutaj w sposób psychologiczny) - zbiorowej. Owe fundamenty nie powstają  bowiem tylko i wyłącznie wskutek bieżących wydarzeń – największe i najsilniejsze fale otrzymuje się dzięki uderzaniu w te struny, które związane są z „psychicznymi” traumami całego społeczeństwa.

 

Czasowe zniknięcie z mapy Europy, dwie przeżyte wojny, z trudem odradzająca się polska państwowość (niemal zawsze pod czyimś protektoratem) – cały ten okres historyczny pozwala na to, by stwierdzić jasno i wyraźnie, że trauma płynie wartkim strumieniem, w krwi pokoleń naszego społeczeństwa. Jej echa wybrzmiewają w zachowaniach współczesnych polityków – gdyż z tego punktu widzenia, który tu przybliżam, nie są oni niczym innym, niż symbolami głębokich, podświadomych, kolektywnych treści, które się za ich pośrednictwem wyrażają.

 

Iluzja wolności wyboru

 

Analiza treści tej traumy oraz jej wykładnia jest kwestią bardziej rozbudowaną i wymaga osobnej wypowiedzi. Na chwilę obecną wystarczy jednak zaznaczyć, że musimy mieć świadomość, iż bez jej skutecznego „uleczenia”, zawsze będziemy zmuszeni ją odreagowywać. W skali społecznej będzie się to wyrażało w zmiennych  falach kolektywnego poparcia dla tych, którzy w danym momencie wydają się mniej uciskać niesione przez kolektyw rany. Tego rodzaju wybory zawsze będą podyktowane wrażeniem, że w danym momencie „wybraniec” sprawia mniej bólu, niż jego przeciwnik, choć  świadoma motywacja tych decyzji może się przedstawiać zupełnie inaczej. Tak więc w pewnym momencie  takim  wybrańcem stał się PiS. Dziś natomiast powoli lansowane jest wrażenie, jakoby posada nowego „wybawiciela” miała szansę przypaść panu Tuskowi, który (między innymi) swoim ostatnim, warszawskim wystąpieniem, zaczął zbijać nowy kapitał polityczny.  

 

Pamiętajmy, że prawdziwego pokoju zburzyć się nie da. Prawdziwy pokój nie potrzebuje również żadnych wybrańców, którzy w końcu „zrobią z czymś porządek”, czy kogoś wybawią z opresji. Jednak prawda jest taka, że polskie społeczeństwo jest dzisiaj dalekie od tego stanu i uświadomienie sobie niniejszego faktu jest koniecznością. Tak samo jak w przypadku alkoholika – by móc sobie pomóc, w miejsce chowania się w systemie własnych zaprzeczeń, musi on sobie uświadomić, że nad alkoholem nie panuje. Analogicznie my, Polacy, powinniśmy sobie również uprzytomnić, że mamy ze sobą problem – i tym razem na jego okoliczność nie popadać w poczucie winy, które odruchowo staramy się zaleczyć, bądź to szkodliwymi dla siebie samych aspiracjami (nurty lewackie), bądź też poszukiwaniem „winnych” całego zdarzenia (nurty narodowe).

 

Wydarzenia współczesnego czasu pokazują wyraźnie, że jeśli chcemy coś konstruktywnie zmienić, musimy rozszerzyć percepcję tego co się dzieje o perspektywę, w której uwzględnia się emocje kolektywne i dąży się do ich zneutralizowania. Dzisiaj bowiem sprawa wygląda tak, jakby wszystkim pasował istniejący układ: zarówno politykom jak i społeczeństwu. Jedni mają swoją grę (bardzo opłacalną), drudzy natomiast swoich naocznych „winnych” tego, że w Polsce dzieje się źle, czyli obiekty (polityków), pod adresem których można wyładowywać frustracje powodowane nieuświadomionym, kolektywnym cierpieniem.  W pewnym sensie jest to wygodniejsze, niż bawienie się w  odpowiedzialność za samych siebie.

 

Szanowni Państwo, musimy sobie jasno i wyraźnie powiedzieć, że nie ma wolności bez odpowiedzialności. Niosąc w sobie wspomnianą wcześniej traumę, nie mamy szans na zrealizowanie tego tak bliskiego Polakom ideału. Każda wolność zaczyna się bowiem od wewnętrznej swobody, o której ciężko mówić, gdy trawią nas echa dawnych, nieukojonych cierpień. Piszę ten artykuł z głębokim szacunkiem i zrozumieniem dla każdej ze stron tego konfliktu, gdyż uważam, że z perspektywy szerszego horyzontu czasowego, wszyscy jedziemy na jednym wózku. Nikt  z nas niczego w nim nie wygrywa, a historia naszego kraju wybitnie jasno pokazuje, do czego takie sytuacje prowadzą. Czy mamy w sobie dosyć przytomności, by wyciągać właściwe wnioski z własnych doświadczeń? To już może pokazać tylko czas.

 

Anita Dudziak



www.resharmonica.pl

 

Zobacz także:

Zobacz również:

 

 

 

loading...
loading...