Rkma 22

"Czerwony rynek - zmieniłem z człowieka w kawałki przedmiotów o rynkowej wartości". Przerażające kulisy handlu szczątkami i organami ludzkimi!

Bułkę i samochód kupuje się na białym rynku, piracką płytę na szarym, a heroinę na czarnym. A na rynku czerwonym towarem są części ciała - Łukasz Orbitowski o "Czerwonym rynku" Scotta Carneya
Fragment mocnej, krwistej, przerażającej książki..
 
Gamety, krew, włosy i kości wygrzebane z grobów poddaje się prawu popytu i podaży. Jednocześnie wątroba czy nerka nie są takim samym towarem jak inne. Nie rosną na drzewach, ich produkcja leży. Amerykański dziennikarz śledczy Scott Carney porównuje proceder ich pozyskiwania do zbierania części samochodowych na złomowiskach: "Zanim będziemy mogli zapłacić rachunek i zabrać ze sobą ludzką tkankę, ktoś będzie musiał zmienić ją z kawałka człowieka w przedmiot o wartości rynkowej".
Znalezione obrazy dla zapytania czerwony rynek


Carney wykładał na uczelni w Indiach, gdy jedna ze studentek popełniła samobójstwo. Nieoczekiwanie stał się opiekunem i powiernikiem jej ciała. Był świadkiem niekompetencji lekarzy, chaosu w służbie zdrowia i widział pozostałości ciał Hindusów wyrzucane na podwórko po sekcji. To wydarzenie stało się impulsem do powstania "Czerwonego rynku".

Wyobrażam sobie alternatywny przebieg swojego życia. Gameta, z której biorę swój początek, pochodzi od pewnej Rosjanki. Dziewczyna przyjechała na Cypr za facetem, ten porzucił ją bez środków do życia. Aby zebrać na bilet, odwiedziła jedną z wielu klinik, nafaszerowano ją hormonami, pobrano co trzeba i odesłano do domu. Następnie gamety powędrowały do Indii, do matki zastępczej. Nigdy nie poznam jej imienia. Za 6 tys. dol. przesiedziała ciążę pod strażą w pomieszczeniu wielkości sali szkolnej z kilkunastoma innymi kobietami. Panował w niej zaduch. Jedyną rozrywkę stanowił telewizor nadający hinduskie telenowele. Potem cesarka, wypłata, papiery, lot do Stanów. I oto jestem, ecce homo.

Rosnę jak na drożdżach, zwłaszcza że przyjmuję sztuczny hormon wzrostu. Zainteresowanie kulturystyką pcha mnie na medycynę. Do nauki anatomii potrzebuję kości. Te pozyskuję dzięki Hindusom zdobywającym ciała z grobów, stosów pogrzebowych i kostnic. Zmarli są następnie oczyszczani w tak zwanych fabrykach kości, czyli bambusowych budkach nakrytych brezentowym dachem. Pracownik tego szczególnego przedsiębiorstwa zarabia nieco ponad dolara za godzinę. Musi tylko obejść ustawę z 1985 r. wprowadzoną w Indiach po odkryciu 1500 szkieletów dzieci prawdopodobnie porwanych i zabitych dla kości.

Skoro tyle zawdzięczam Indiom, wypada je odwiedzić. Na miejscu tratuje mnie krowa oszalała od nadmiaru własnej świętości. Potrzebuję transfuzji. Szpitale cierpią na niedobór krwi. Ta, którą dostaję, pochodzi z bardzo specjalnej fabryki. Mowa o baraku wciśniętym między dom mieszkalny i piekarnię. Wewnątrz, pod blaszanym dachem, na brudnych łóżkach leżą mężczyźni podpięci do kroplówek. Nie mogą się ruszyć. Każdego tygodnia pobierają im litr krwi. Większość jest wywożona gdzie indziej, by umrzeć. Ocaleli, zdaniem niektórych lekarzy, uzależniają się od niedokrwienia. Transfuzja się udała. W pełni sił wracam do domu.

Indie pojawiają się w moim życiu przynajmniej jeszcze raz. Wysiadły mi nerki. Potrzebuję przeszczepu. Jako obywatel USA nie mogę kupić organu, lecz zabieg owszem. Nerka może pochodzić z Indii. Zapłacą za nią ok. 800 dol. Moja nerka może też pochodzić od chińskiego więźnia politycznego. Chirurg, który ją wytnie, dostanie 40 dol. Ja zapłacę za przeszczep 260 tys.

Z nerką czy bez w końcu zacznę się starzeć. Prototypy lekarstw. Pielgrzymują jak robotnicy sezonowi od ośrodka do ośrodka. Prędzej czy później testy zostaną przeniesione do biedniejszych krajów, choćby dlatego, że tamtejsza ludność miała niewielki kontakt z medycyną. To ważne dla badań.

Przerażony perspektywą śmierci zwracam się ku komórkom macierzystym albo innej cudownej terapii, ignorując całą własną wiedzę medyczną nabytą podczas studiów. Powierzam się utytułowanemu szarlatanowi. Komórki wprowadzone do mojego ciała mutują w coś, co Carney nazywa potworniakiem - monstrualną tkankę nowotworową, w której wyrastają kawałki kości i całe zęby. Zagryzam samego siebie od wewnątrz i umieram. Dobrze mi tak.

Przed śmiercią zamówię dla swojej pięknej, młodej żony nowe włosy. Ucięte podczas obrzędu w świątyni boga Wisznu. Starannie zebrane, oczyszczone i przetransportowane z Indii.



Cały tekst TUTAJ, przeł. Janusz Ochab

Najnowsze

Pokaż więcej

Rkma 18

Rkma 19

Rkma 20

Video

Rkma 21

Rkma 23